Wybory czerwcowe 1989
Pierwsze od pół wieku wolne, choć nie w pełni demokratyczne, wybory w Polsce kończą się druzgocącym zwycięstwem solidarnościowej opozycji. Już w pierwszej turze uzyskują oni 160 na 161 możliwych miejsc w Sejmie (bo tylko tyle – 35 proc. – foteli przewidywał dla opozycji kontrakt zawarty wcześniej przy Okrągłym Stole). Natomiast w pełni demokratycznych wyborach do Senatu opozycja zdobywa aż 92 na 100 mandatów. A w Polsce stacjonują wciąż wojska sowieckie, a w Czechosłowacji Vaclav Havel siedzi w więzieniu, a Zachód z rezerwą patrzy na polskie eksperymenty…

Fragment książki „Nasza historia_20latRP.pl” Witolda Beresia i Krzysztofa Burnetki:

Wiosną 1989 roku Jerzy Pilch jest już poważnym człowiekiem tuż po książkowym debiucie. Parę miesięcy wcześniej w emigracyjnej oficynie Puls ukazują się jego „Wyznania twórcy pokątnej literatury erotycznej”.
- Wiosną pojechałem w związku z tym do Londynu. Wydanie pierwszej książki i podróż na Zachód… Oba te wydarzenia wprawiły mnie w lepszy nastrój. Na dodatek kroiła mi się praca w „Tygodniku Powszechnym”, co wtedy uchodziło za wielki zaszczyt. A jeszcze w tygodniu przedwyborczym poszedłem się ostrzyc do zakładu fryzjerskiego przy Rondzie Mogilskim – dziś już nieistniejącego. Jedna z tamtejszych fryzjerek wygłosiła wtedy frazę, która mi się bardzo spodobała, a po latach okazała się proroczą: „Ja głosuję na ‘Solidarność’, a potem niech będzie burdel, jaki chce”. To pokazywało, że naród jednak jest mocno za opozycją.
Więc Pilch zagłosował.
- Po południu już były pierwsze telefony – właśnie, że padła ta lista krajowa. Oczywiście pojawiła się euforia w sensie ścisłym. Choć wszyscy wiedzieli, że takie euforie mogą się źle skończyć. Przecież podobną euforia nastąpiła w sierpniu 1980 po bezpośredniej transmisji podpisania porozumień tym groteskowym długopisem przez Lecha Wałęsę. I wiadomo, co stało się potem. Tym razem – jak doszły wiadomości, że te wybory komuniści przegrali do dna – euforia nie była jednak zakłócona tą złą pamięcią. Pewnie dlatego, że obrady Okrągłego Stołu trwały tak długo i przez ten czas opozycja została jakby zalegalizowana mocą samej obecności na ekranach telewizora. Pewnie, lud nie poszedł masowo do urn w tym historycznym momencie. Ale wiedziałem, że jedna fryzjerka poszła i oddała – tak jak ja – głos na „Solidarność”. I razem wygraliśmy.